Jak to się zaczęło, czyli wywnętrzanie

370
0
Udostępnij:
ja
Jak to się zaczęło, czyli wywnętrzanie
Oceń ten artykuł

Kiedy w wieku 31 lat lekarka powiedziała, że należy zacząć diagnozowanie w kierunku reumatoidalnego zapalenia stawów, byłam przerażona. Pierwsze pytanie, które zadaje sobie chyba każdy w tych gorszych momentach w życiu: dlaczego ja?

Początek objawów

Był maj 2014. Obudziłam się rano z bólem w okolicy stawu skokowego. Kostka była trochę spuchnięta. Pomyślałam: „Hmmm, przecież nie ćwiczyłam, nie przeciążałam, od czego to?“. Z każdym dniem sie pogarszało. Pomyślałam, no dobra to może ketonal w sprayu? Nie pomogło. Niestety jestem z tych osób, co twierdzą że pewnie za chwilę samo przejdzie. Pojechałam jeszcze w czerwcu na wakacje. Po powrocie było już tylko gorzej. Apogeum nastąpiło pewnego dnia, kiedy wracając z pracy, zrobiła zakupy, torby były troszkę ciężkie. Miałam 100m do domu i myślałam, ze ich nie doniosę. Dodatkowe obciążenie na stopę było nie do zniesienia.

Pierwsza diagnoza- uciekam stamtąd!

Pierwszy lekarz, do którego trafiłam w ramach ubezpieczenia z pracy, spojrzał na moją nogę, sprawdził historię moich wizyt. Zobaczył, że chodziłam ostatnio często do dermatologa ( problemy ze skórą głowy- jak się później okaże, wszystko ze sobą powiązane) i że lekarze podejrzewają łuszczycę, ale diagnoza nie została potwierdzona. Po 30 sekundach oglądania mojej stopy ( bez większego manualnego badania) stwierdził, że to może być łuszczycowe zapalenia stawów. Dostałam skierowania na usg i rtg. Do tego lekarza już nie wróciłam. Przeraził mnie taki sposób wystawienia diagnozy. Dostałam leki przeciwzapalne, ale nie działały. Jak to później mówił mój fizjoterapeuta: „Bo to nie było zapalenie“.

Druga diagnoza i poszukiwania

Trafiłam do jednej z lepszych klinik ortopedycznych w Polsce. Zbadali, zrobili badania, m.in. rezonans (kontrast podawany dostawowo, to jeden z okrutniejszych rodzajów bólu). Decyzja była: „Operujemy, bo trzeba oczyść to miejsce.” Kostka była już bardzo napuchnięta. Standardowy zabieg,(artroskopia) który trwa ok 1h, u mnie trwał prawie 3h. Jak się okazało wbili mi się narzędziem do kości strzałkowej. Powierzchnia była miękka, a w środku była dziura na 0,5cm. Nie było szpiku.

I się zaczęło. Badania histopatologiczne, genetyczne, pełno różnych innych dziwnych, konsultacje z kilkoma innymi lekarzami spoza kliniki. Obraz z zabiegu nie odpowiadał temu, co pokazywały badania. Wg wyników byłam zdrowa. I cały czas to pytanie, skąd ta dziura?

Pomijam fakt, ze pół roku po zabiegu noga ani nie wyglądała ani nie funkcjonowała jak kiedyś. Teraz jest dużo lepiej, ale pewnie nigdy nie będzie jak wcześniej. Jedyne co bym chciała, to móc spokojnie biegać za dzieckiem bez zastanawiania się, czy cos się za chwilę nie popsuje.

Mija rok, a ja zaczynam bardziej cierpieć

Prawie rok po zabiegu zaczęły się bóle opasające w klatce piersiowej, ból kręgosłupa. Nie byłam w stanie nawet siedzieć. Zastanawiałam się tylko, co jeszcze? Tak wiec był kolejny rezonans w kierunku zesztywniającego zapalenia stawów kręgosłupa. Rezonans nic nie wykazał. Po nim miałam robione usg stawu skokowego (prawego, bo ten był popsuty). Lekarka stwierdziła, że cały czas jest tam zapalenie ( zapomniałam wspomnieć, ze przez pół roku po operacji, jadłam leki przeciwzapalne, które jak widać nic nie dały). Sprawdziła lewą stopę i spytała, czy ta też mnie boli. Powiedziałam, że nie. Na co ona, że w lewej też jest zapalenie. I wtedy stwierdzono, że oni nie mają pojęcia co mi jest i żebym kontynuowała diagnozowanie w kierunku rzs ale to już w klinice reumatologicznej.

Czy miałam wcześniej konsultacje z reumatologiem? Owszem i na szczęście lekarka stwierdziła, że nie spełniam wszystkich kryteriów, więc nie mogą mnie zakwalifikować pod jakąkolwiek chorobę.

Ostateczna diagnoza-trochę mniej konwencjonalnie

I tak zakończyła się moja przygoda z konwencjonalnym leczeniem. Trafiłam do Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej Orthos. Wszystko co nastąpiło potem, sprawiło że jestem w dużo lepszej kondycji fizycznej i psychicznej. Stwierdzono, że jestem po prostu bardzo pokrzywiona (ale dobrze w tym wszystkim zakamuflowana 🙂 ). 30 lat obciążenia głównie na prawą stronę zrobiło swoje. A ten brak szpiku? Tu jest wiele moich własnych domysłów i poszukiwań. Miałam robione badania na obecność candida albicans. Wyszedł mega duży przerost tej flory. Poszukałam w PubMedzie i znalazłam, że mogą występować ubytki kostne u chorych ze stwierdzonym przerostem candida.

Tutaj też powrócę do mojej rzekomej łuszczycy. Dieta antygrzybiczna, czyli rok bez cukru, miodu. Do tego dieta antyzapalna, czyli zero mięsa i wykluczenie nietolerowanych pokarmów. Dodatkowo kuracja probiotykowa: najpierw firma Pileje, później SanProbi Super Formula i najważniejsze na zmianę Candida Support i Cats Claw z Now Foods i moja „łuszczyca” zanikła i nie wraca ( a wcześniej przez 3 lata lekarze serwowali mi sterydy do smarowania).

Od tej pory zczęło mnie fascynować, jak wiele zależności jest w naszym organizmie i jak ludzie jeszcze mało wiedzą.

Tak też zaczęła się przygoda z dietetyką.

 

Ilustracja:

pixabay.com

 

 

 

Udostępnij: